W niedzielę rozgrywany od 10 stycznia Puchar Narodów Afryki wchodzi w decydującą, pucharową fazę. Stosunkowo niedawno – raptem trzy, cztery lata temu – taka wiadomość nie wywarłaby na mnie żadnego wrażenia. O turnieju rozgrywanym co dwa lata na Czarnym Lądzie wiedziałem tyle, że istnieje i jest rozgrywany co dwa lata na Czarnym Lądzie. W rozmowie z kilkoma znajomymi na wspomnienie o afrykańskich mistrzostwach często spotykałem się z uśmiechem politowania. Odkąd regularnie obserwuję wszystkie większe imprezy piłkarskie na świecie uświadomiłem sobie jedno – dysproporcji pomiędzy widowiskowością EURO, mistrzostw strefy CONCACAF czy właśnie Pucharu Narodów Afryki tak naprawdę nie ma. A uznawanie rozgrywek w Afryce za prowincjonalne i niewarte uwagi jest zupełnie bezpodstawne.
W Europie mamy rewelacyjnych piłkarzy, gigantyczne pieniądze wydawane na bazy treningowe, zabiegi medyczne i odnowę biologiczną. Za Cieśniną Gibraltarską nie ma funduszy na tak bogate zaplecze – na boisku rolę odgrywają zawodnicy i ich umiejętności. I o to chodzi w futbolu – o rywalizację, wolę walki. Wielu zawodników afrykańskich występuje na co dzień w klubach europejskich i zdolnościami motorycznymi często przewyższają rodaków z lokalnych lig. Dlatego też mecze drużyn uznanych za zaściankowe, np. otwierające tegoroczny turniej spotkanie Angoli z Mali, są w moim przekonaniu esencją tego sportu.
Bo uzdolnionych piłkarzy w Afryce naprawdę nie brakuje. Fakt, że grają w Escom United Blantyre zamiast w Barcelonie, wcale nie zaprzecza ich potencjałowi. Talentów na Czarnym Lądzie jest naprawdę mnóstwo, a bez tła złożonego z taktyki, legalnych wspomagaczy i tym podobnych potrafią stworzyć naprawdę unikalny spektakl. I takim jest Puchar Narodów Afryki – prawdziwej kopalni czarnego złota.